poniedziałek, 26 listopada 2012

Stephen Deas - "Łowca złodziei"


Stephen Deas to brytyjski autor fantasy, który dał się poznać szerszemu gronu czytelników w 2009 roku za sprawą swojej debiutanckiej powieści „Adamantowy pałac”. Niestety nie miałam okazji jej przeczytać i zapoznać się warsztatem pisarskim Deas’a. Mimo to, gdy zobaczyłam w zapowiedziach wydawniczych „Łowcę złodziei”, która ma być pierwszym tomem cyklu „Pamięć płomieni” pomyślałam, że może to być książka dla mnie. W moim odczuciu „Łowca złodziei” miał wszystko co mogłoby zainteresować potencjalnego czytelnika i skłonić do sięgnięcia po właśnie tą książkę - chwytliwy tytuł, ciekawy opis i okładka przedstawiająca mężczyznę z szelmowskim, błąkającym się w kącikach ust uśmiechem. 
Barren – główny bohater książki - jest sierotą i wychowuje się z gromadą podobnych do niego dzieci na przedmieściach Deepheaven. Całe dnie spędza na zatłoczonych ulicach miasta i targowiskach wypatrując okazji do odcięcia któremuś z nieuważnych przechodniów wypchanej miedziakami sakiewki. Dzięki swojej zwinności i „umiejętnościom” oraz umowie ze swoim „mistrzem” chłopak w zamian za wilczą część tego co uda mu się ukraść  ma zapewniony dach nad głową i wyżywienie. Pewnego dnia na głównym placu w mieście, podczas pokazowej egzekucji  przyłapanych na gorącym uczynku złodziei, Berren dostrzega Syannisa – jednego z największych i najbardziej skutecznych łowców złodziei. Niemalże  w tym samym momencie młodzieniec wpada na szalony i wydawać by się mogło z góry skazany na niepowodzenie pomysł. Chłopak chce ograbić łowcę złodziei z przyznanej mu za schwytanie złodziejaszków, wypchanej złotymi imperiałami sakwy. Dzięki sprzyjającym okolicznościom i ogromnemu szczęściu Barrenowi udaje się ogołocić łowcę złodziei ze wszystkich wygranych pieniędzy i uciec. Niestety nie było mu dane długo cieszyć się z tego łupu. Jego radość i  duma z udanej „akcji” zniknęły w momencie gdy w drzwiach domu „opiekuna” chłopca stanął sam Syannis. Okazuje się, że mężczyzna dobił targu z właścicielem chłopca i odkupił go po bardzo okazyjnej cenie. Właśnie w ten oto sposób ku wielkiej uciesze, ale i obawie Barrena zaczyna się nowy rozdział w jego życiu. 
Fantasy to jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Złe moce, przebiegli magowie, inny świat i odległe krainy na wyciągniecie ręki sprawiają, że niemal po każdą książkę z tego gatunku sięgam z nieukrywaną przyjemnością. Niestety przy obecnej, ogromnej ilości wydawnictw i jeszcze większej liczbie wychodzących spod ich skrzydeł książek, coraz częściej trafiają się książki napisane w taki sposób jak gdyby książkę pisała osoba całkowicie pozbawiona wyobraźni, niezdolna do stworzenia czegoś nowego, a umiejąca jedynie podstawić wymyślone przez siebie imiona i niezbyt oryginalne nazwy krain pod wyświechtany, banalny i opisany przez setki innych autorów przed nim schemat.
Stephen Deas rzucił się na głęboką wodę podejmując się wyeksploatowanego do granic możliwości tematu jakim jest „historia biednego chłopca szukającego swojego miejsca w życiu”. W mojej ocenie niestety jednak autor nie poradził sobie z tym tematem. Nie pokusił się o dorzucenie od siebie chociażby garści magii, uroku czy jakiejkolwiek „swojej” części historii - czegoś co mogłoby znacznie uatrakcyjnić jego książkę.
Fabuła „Łowcy…” jest boleśnie przewidywalna. Pomimo trzech głównych wątków (romantyczny, historyczny – dotyczący nieznanej przeszłości mistrza Syannis’a oraz wątek dotyczący samego Barrena i jego jak mniemam szkolenia), żaden z nich nie dominuje, przez co można odnieść wrażenie, że autor nie mógł się zdecydować o czym właściwie chce pisać. Wykreowani bohaterowie są sztampowi i nijacy, a ich zachowania niezwykle przewidywalne. Młodszy - Barren - jest krnąbrny i niezbyt chętny do nauki, a starszy z racji wieku i traumatycznych (a jakże!) wcześniejszych przeżyć bogaty w doświadczenia, racjonalny i wyrozumiały. Niewątpliwym plusem książki jest prosty, trafiający do czytelnika język, który sprawia, że czyta się ją w niemal ekspresowym tempie. Ponadto warty uwagi i przy tym niezwykle zastanawiający jest fakt, że druga część tego cyklu została nominowana do prestiżowej nagrody David Gemmell Legend Award przyznawanej najlepszym powieściom fantasy. Czyżby autor w drugiej części miał zaskoczyć nas nietuzinkowymi pomysłami, wachlarzem nowych postaci czy eksplozją uśpionych w bohaterach niezwykłych i zaskakujących cech charakteru dzięki, którym nabiorą koloru i będą bardziej interesujący. Ciężko powiedzieć. Miejmy nadzieję, że pierwsza zupełnie nieudana część będzie preludium do czegoś naprawdę mocnego czego autowi i wszystkim jego czytelnikom z całego serca życzę. 


2 komentarze:

  1. Przyznam otwarcie - średnio mnie do tej ksiązki ciągnie. A w zasadzie to wcale :P

    OdpowiedzUsuń