Łzy gęsto spadały na me lico, mocząc wszystko wkoło… Zaraz po tym przychodziły wybuchy histerycznego śmiechu i towarzyszący im bezdech. Tylko mój biedny mąż siedząc na fotelu obok co jakiś czas spoglądał na mnie z trwogą, zastanawiając się zapewne czy ze mną wszystko w porządku. A ja? Cóż ja? Ja po prostu czytałam „Dożywocie” Marty Kisiel. Ale o wszystkim i wszystkich po kolei.
Po pierwsze Konrad Romańczuk. Pisarzyna od siedmiu boleści, roztrzaskany emocjonalnie po zerwaniu ze swoją dziewczyną z dnia na dzień otrzymuje spadek po bliżej nieokreślonych krewnych. Konrad staje się właścicielem Lichotki - najdziwniejszego, domu na świecie, z jakże niepasującą do niego gotycką wieżyczką, położonego po środku lasu z kompletem przedziwnych lokatorów na dokładkę. Pewnego pięknego dnia przyjeżdża do Lichotki swoim starym, zapakowanym do granic możliwości tico i nie ma najmniejszego pojęcia w co się pakuje przekraczając próg tego domostwa.
Po drugie oni. Dożywotnicy. Mieszkańcy Lichotki. Kompletnie przeurocza z nich zbieranina, ale pozwólcie, że ich przedstawię i ocenicie sami.
Nieszczęsny panicz Szczęsny (o odmiennym stanie skupienia), który zszedł z tego padołu łez już podwójnie (!) z powodu wielkiej (jego zdaniem) miłości, mówiący jedynie o miłości i to tylko rymem doprowadzający wszystkich tym faktem do frustracji. Z ogromną radością eksperymentujący z modą, makijażem i fryzurami. Krakers – pradawny stwór z mackami, zamieszkujący piwnicę Lichotki, na co dzień rozpieszczający podniebienia domowników pysznymi bułeczkami, ciasteczkami i tiramisu, na dodatek świetnie radzący sobie również z rozchwianymi emocjonalnie psami. Cztery fizjonomią przypominające wielkie ropuchy utopce z wielkim upodobaniem okupujące wanny i łazienki, tudzież z przymusu staw koło Lichotki. Wprawdzie nie straszne to stwory ale broń boże wchodzić im w drogę, albo co gorsze zostawić na ich pastwę samochód. Dodatkowym, niezaprzeczalnym „atutem” Lichotki jest niewątpliwie Zmora, kotka której imię dokładnie oddaje jej usposobienie. Zmora uwielbia spać na piersi Konrada przez co często doprowadza go do bezdechu ale jak na odważnego kota przystało panicznie boi się rozwścieczonych różowych królików. Nie można również zapomnieć o siejącym postrach szczególnie wśród jednego domownika, bezsprzecznie inteligentnym i niezmiernie niebezpiecznym, wymarzonym przez anioła - Rudolfa Valentino, który koniec końców okazuje się być kimś zupełnie innym niż wszyscy myśleli.
I w końcu mój najukochańszy, mój numer jeden. Oto we własnej osobie on, a raczej ono - Licho. Licho to Anioł. I to w dodatku nie byle jaki, nie taki pierwszy lepszy z brzegu ale najprawdziwszy Anioł Stróż we własnej osobie. Może nieco nieprzystający do stereotypu Anioła jakiegokolwiek z resztą ale za to najbardziej czarujący jakiego dane było mi poznać. Licho ma wzrost i mentalność 6 letniego niewierzącego w istnienie jakiegokolwiek zła dziecka. Bez przerwy biega po Lichotce w rozciągniętej do granic możliwości koszuli z Myszką Miki, z różnego rodzaju detergentami i szczotkami do kurzu pod pachą, potrząsając przy tym pomponami doczepionymi do jego ulubionych różowych bamboszów. W tak zwanym między czasie siedzi z pęsetą i skrupulatnie co do jednego wyrywa piękne, długie, białe pióra porastające jego skrzydła. Urocze nieprawdaż? Alleluja!
Interesująca to zbieranina przyznacie. Na pierwszy rzut oka niepasująca do siebie w ogóle jednak po dokładniejszym przyjrzeniu, stanowiąca idealnie zgraną mieszaninę dziwów i dziwactw wszelakich. Każde z nich stanowi istne indywiduum, niezwykle urocze i mające w sobie coś takiego, że chce się ich wszystkich przygarnąć do siebie i poznać nieco bliżej.
Język jakim posługuje się pani Marta przypadł mi bardzo do gustu. Nieco sarkastyczny, cięty taki jak właśnie lubię, a całość świetnie dopełniają piekielnie dobrze skrojone dialogi i niebanalny humor.
Przepadłam. Przepadłam całkowicie alleluja!… gdybym tylko wiedziała, że to się tak skończy … Na pewno sięgnęłabym po tą książkę zdecydowanie wcześniej. Chyba nie muszę pisać, że polecam książkę KAŻDEMU bez względu na wiek czy płeć. Teraz wystarczy mieć tylko nadzieję, że ta przygoda z Lichem i wszystkimi innymi tak po prostu nie zakończy się i dane będzie nam poznać ich dalsze losy. Czekam więc z utęsknieniem na pojawienie się Licha gdzieś na innych stronach jakiejś książki.
