Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erica. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lipca 2011

Bernadr Cornwell "Zimowy monarcha"


Nigdy nie interesowałam się postacią króla Artura, nigdy nie było mi jakoś po drodze z nim… Owszem  podobnie jak setki innych osób znałam legendę o Królu Arturze i okrągłym stole, nie umknęło mi także istnienie Excalibura, lecz nigdy nie starałam się zagłębić w tą legendę. 
„Zimowy monarcha” jest pierwszą książką Bernarda Cornwella jaką przeczytałam, ale już w tej chwili wiem, że nie było to moje ostatnie spotkanie z tym autorem. Trylogia arturiańska pomimo mogącego wprowadzić w błąd tytułu nie stanowi jedynie opowieści o Arturze i jego życiu, moim zdaniem przede wszystkim stanowi zapis historii jego państwa. 
Cornwell prowadzi nas przez pogrążoną w ciemnościach V i VI w n.e. Brytanię. Wyprowadza nas na zasnute mgłami pola, nad którymi unosi się fetor rozkładających się ciał. Chwyta nas za rękę i prowadzi przez doliny pełne konających wojowników nad ciałami których krążą wygłodniałe kruki. Wprowadza pomiędzy tańczących ku chwale bogów, odczyniających czary, modlących się nad czaszkami martwych zwierząt, druidów z długimi brodami. Umiejętnie przybliża realia życia i wierzenia ludzi w ówczesnych jakże odległych dla nas czasach, w których nawet lot czapli stanowił dobrą albo złą wróżbę.
Historia opowiadana przez Derfla - saksona będącego przyjacielem Artura -  rozgrywa się w niespokojnych dla Brytanii czasach. Po ucieczce Rzymian, Brytowie zostają porzuceni na pastwę losu. Krajem wstrząsają niepokoje, następuje rozbicie terytorialne, które uwydatniają narastające od wielu lat antagonizmy między władcami poszczególnych krain. Król Uther – Pendragon Brytanii będący w podeszłym wieku z niepokojem patrzy w przyszłość. W ludziach narasta strach, a na domiar złego urodzony następca tronu  Mordred okazuje się kaleką. Wkrótce umiera Pendragon, Mordred jest jeszcze oseskiem. Nad krajem gromadzą się ciężkie chmury będące zapowiedzią mających nadejść strasznych wydarzeń. Oczy wszystkich ludzi z nadzieją skierowane są w  stronę, z której powinien nadejść ich wybawca – Artur – nieślubny syn Uthera. Artur jest ich jedyną szansą na utrzymanie jedności, spokoju. Jest ostatnią szansą na przetrwanie.
Książka aż „ugina” się od nadmiaru ciekawie skrojonych postaci. Bohaterowie obdarci są z właściwych dla legendarnych postaci cech. Pozbawieni są właściwej dla bohaterów chwały i szlachetności. Tak jak zwykli ludzie bywają impulsywni, lekkomyślni, często pozbawieni skrupułów. Targają nimi emocje, które popychają ich do działania. Nie obca jest im zazdrość i chciwość, która niejednokrotnie popycha ich do haniebnych czynów. Wszyscy z nich mają wady i to właśnie czyni ich bardziej ludzkimi niż legendarnymi. Opisywane w książce sceny batalistyczne pokazują jak brutalne bywały w tamtych czasach walki i jak bezwzględni byli to ludzie. Nie ośmieliłabym się nazwać ich rycerzami. Byli to zwykli wojownicy, najemnicy, którzy idąc przez wioski gwałcili kobiety, zabijali małe dzieci, plądrowali chaty żeby na koniec podpalić wszystko i wziąć ze sobą niewolników. Właśnie tak wyglądały w tamtych czasach  wychwalane przez bardów walki „odważnych” rycerzy walki, którzy zdobywając ziemię wroga pozostawali po sobie szlak spalonych wsi i zabitych ludzi.
Początkowo akcja książki płynie leniwie, żeby po około pięćdziesięciu stronach nabrać tępa i rozkręcić się na dobre. Książka do końca obfituje w ciekawe wydarzenia i zwroty akcji przez co nie można się od niej oderwać nawet na moment.  Cornwell zawarł w powieści wszystko to czego oczekuję po dobrej książce historycznej; walki, intrygi, zdrady, piękne księżniczki, odważni wojowie i świetnie oddane realia zamierzchłych czasów.
Zdecydowanie do książki powinien być dołączany czasowstrzymywacz, żeby móc do woli czytać, czytać, czytać…A już jutro zabieram się za koleją część przygód Artura, Derfla, Nimue i innych.


Serdecznie dziękuję za egzemplarz Instytutowi Wydawniczemu Erica


środa, 6 lipca 2011

Keri Arthur "Całując grzech"


Generalnie stoję na stanowisku, że jeżeli coś jest nie podoba mi się od samego początku to raczej nie ma co spodziewać że się to zmieni.. Jako osoba dość stała w swoich przekonaniach (czasami wręcz ślepo uparta) przyznaję - od dzisiaj muszę zweryfikować powyższy pogląd. 
Moim zdaniem było nieźle. A niech tam - było bardzo, bardzo dobrze...
Nie będę pisała, że „Całując grzech” jest drugą częścią cyklu „Zew nocy” przecież każdy chyba to wie. Nie będę także pisać, że pierwsza część wywarła na mnie tak ogromne wrażenie, że od razu postanowiłam zagłębić się w kolejną książkę o przygodach ognistowłosej Riley. Nie było tak. Pomimo tego wczoraj wzięłam do ręki „Całując grzech” i przepadłam…
A sama Riley? Jak to Riley- znowu ma kłopoty i to nie byle jakie. Budzi się naga, umazana cała we krwi i jakby tego było mało obok niej leży martwy mężczyzna. Świetnie rozwinięty instynkt podpowiada jej, że należy uciekać z tego całkiem obcego miejsca i to jak najszybciej. W chwili gdy wciela swój plan ucieczki w życie poznaje Kade’a – zmiennokształtnego. Oczywiście nie jest to byle jaki zmiennokształtny, tylko niezwykle seksowany i pewny siebie ogier. Razem udaje im się uciec z laboratorium, w którym przeprowadzono badania genetyczne na szeroką skalę. Niestety szybko wychodzi na jaw, że nie jest to koniec kłopotów, a dopiero ich początek. Na domiar złego w życiu Riley po raz kolejny w najmniej oczekiwanym momencie pojawia się Quinn. Niemałą rolę w jej życiu odegra także jej były kochanek Misha, który ma doskonale opracowany plan, w którymi główną rolę zagra nikt inny jak właśnie Riley.
Akcja rozgrywająca się w tym tomie jest kontynuacją historii rozpoczętej w poprzedniej książce. Warto, więc czytać cykl chronologicznie, aby móc odnaleźć się w natłoku połączonych ze sobą zdarzeń oraz postaci, które występują w książce. Wielkim plusem opowieści jest jej akcja. Toczy się wartko i ma wiele niespodziewanych zwrotów przez co nawet na moment nie daje wytchnienia biednemu czytelnikowi. Kolejną zmianą odnotowaną in plus (i to chyba największy) w porównaniu z poprzednią częścią była zmiana podejścia do seksualności i erotyki. Nie wiem czy to moja tolerancja do opisów stosowanych przez Keri Arthur wzrosła, czy autorka nie poświęciła zbliżeniom postaci aż tyle miejsca co wcześniej, czy też sposób opisywania nie był aż tak wulgarny i nachalny jak poprzednio. W każdym razie nie raziło mnie to tak bardzo jak we „Wschodzącym księżycu”. Słowa uznania należą się autorce również za stworzenie tak dużej ilości różnorodnych stworzeń o przeróżnych kształtach, właściwościach fizycznych i kolorach.
Zdecydowanie książkę polecam osobom, których Keri Arthur wraz z Riley Janson „porwały” od pierwszego spotkania. Jeżeli natomiast nie byliście do końca przekonani (podobnie jak ja) po przeczytaniu pierwszej części czy warto bawić się w „Zew nocy” gorąco polecam! Powinniście przeczytać ten tom żeby móc się przekonać z jaką niecierpliwością będziecie wraz ze mną czekać na kolejne przygody Riley i całej jej paczki.


Za książkę dziękuję wydawnictwu Erica

środa, 8 czerwca 2011

Keri Arthur "Wschodzący księżyc"

„Wschodzący księżyc” jest książką rozpoczynającą dziewięciotomowy cykl „Zew nocy”. Długo nosiłam się z zamiarem przeczytania tej książki. Interesująca okładka („która aż krzyczy weź mnie do ręki”) i zachwyty na wszystkich blogach i forach tylko podsycały moją ciekawość.
Gówna bohaterka nie jest zwyczajną rudowłosą dziewczyną z charakterem. Riley Jenson jest dziewczyną z nie lada tajemnicą - jest ona DHAMPIREM - na wpół wampirem i na wpół wilkołakiem. Na co dzień pracuje w Departamencie Innych Ras w Melbourne, mieszka razem z Rohanem bratem bliźniakiem i skutecznie broni się przed powołaniem jej na stanowisko strażnika (których, głównym zadaniem jest zabijanie istot, stanowiących niebezpieczeństwo dla ludzi).
Co można jeszcze można powiedzieć o Riley? Chociażby to, że jest wilkołakiem i dążący do pełni księżyc rozpala w niej gorączkę, wywołując niepohamowaną żądzę seksu. Gorączkę, która spala ją od wewnątrz nawet w najmniej oczekiwanych momentach.
Co ponadto? Chociażby to, że jest bardzo związana ze swoim bratem i w trakcie jednej z jego misji wyczuwa, że grozi mu niebezpieczeństwo...na domiar złego „ni stąd ni zowąd” spotyka przed swoim domem niebanalnie przystojnego wampira. Będą kłopoty?...Jak najbardziej. Przygotujcie się na porwania, pościgi, włamania, zdobywanie tajnych informacji, podstęp i zdrady kochanków ale także seks, seks, seks…seks aha i jeszcze seks.
Akcja książki toczy się wartko, jest w niej wiele ciekawych wątków (sensacyjny, detektywistyczny) ale wszystko to psuje (moim zdaniem) nadmiar erotyki. Dla mnie jest jej zdecydowanie za dużo przez co przyćmiewa całą treść. 
„Wschodzący księżyc” nie jest  książka, którą będzie się pamiętać przez lata, ale z pewnością po ciężkim dniu pracy stanowić będzie dobrą rozrywkę.  Ksiązkę polecam przede wszystkim  miłośnikom paranormal romanse, który w obecnie  przeżywa prawdziwy rozkwit.