Po „Trylogię czasu” sięgnęłam z zupełnie błahych pobudek. Chciałam
zrozumieć czym zachwycają się tysiące czytelników na całym świecie, a jako że
jestem wzrokowcem argumentem za były również okładki. Piękne, fascynujące i
pobudzające wyobraźnię.
Gwendolyn to zwyczajna nastolatka.
Chodzi do szkoły, ma przyjaciółkę Leslie z którą spędza praktycznie każdą wolną
chwilę, plotkuje i interesuje się
chłopakami. Tak Gwen to zwyczajna nastolatka poza dwom małymi szczegółami: po
pierwsze widzi duchy a nie dość, że widzi to jeszcze z nimi rozmawia po drugie
ma całkiem dziwaczną rodzinę. Jej rodzina jest nieco „odmienna” niż zwyczajna angielska
rodzina. Owszem, nie ma ojca i wychowuje się w domu z ciotką nieznośną kuzynką,
babką i jej zwariowaną siostrą, która miewa wizje ale chyba nie to jest
najdziwniejsze. Rodzina Gwen od wieków przekazuje pokoleniom gen, który sprawia,
że mogą podróżować w czasie. Według wszystkich obliczeń gen ten obecnie odziedziczyła
kuzynka Gwen - Charlotta. Charlotta jest piękna, elokwentna świetnie
wykształcona, można z nią porozmawiać niemalże na każdy temat. Od wczesnego
dzieciństwa była przygotowywana do roli podróżnika w czasie, pobierając lekcje
nauki jazdy konnej, tańca, języków obcych czy historii i polityki. To na niej
skupia się uwaga całej rodziny. Gwen pozostaje w jej cieniu. Nie ma rozległej wiedzy,
często popełnia faux pas
wzbudzając tym samym litość i pogardę w oczach surowej babki
i nadętej kuzynki. Ku ogólnemu zdumieniu i ogromnej wściekłości kuzynki okazuje
się, że przeskoku dokonuje nie Charlotta a Gwedolyn. Sytuacja zdaje się przytłaczać
Gwedolyn, która wcale nie jest przygotowana na podróżowanie w czasie i to w
towarzystwie gburowatego (ale jakże przystojnego!) Gideona nie mówiąc już o skompletowaniu wszystkich potrzebnych
elementów, które mają pomóc w odnalezieniu poszukiwanego od wieków przez pewnego hrabiego ….kamienia filozoficznego.
„Trylogia czasu” to bestseller,
który wyszedł spod pióra niemieckiej autorki Kerstin Gier. Wszystkie trzy książki stanowią świetny przykład na
to, ze z książką nie można się nudzić. Akcja „Czerwieni rubinu”, „Błękitu
szafiru” i „Zielni szmaragdu”
obfituje w ciekawe zwroty, naszpikowana jest niewyjaśnionymi zagadkami i całą
masą pytań na które trzeba znaleźć odpowiedzi. Poziom każdej części jest
wyrównany. Narracja prowadzona
jest w pierwszej osobie i stwierdzam, że w tym przypadku sprawdza się doskonale.
Dzięki niej poznajemy uczucia i myśli głównej bohaterki (m.in. latające motyle
w brzuchu). Bohaterowie stworzeni przez Autorkę są bardzo zróżnicowani i
wzbudzają w czytelniku skrajne emocje: od sympatii do nienawiści. Na przód
zdecydowanie wysuwają się: Gwen i Gideon. Pierwsza z nich to przeciętna
nastolatka „z sąsiedztwa”. Nie za ładna, nie za brzydka. Dziewczyna z którą o wszystkim
można porozmawiać, z dystansem do siebie i świata, twardo stąpająca po
ziemi . Całkiem inaczej rzecz się ma z Gideonem.
Idealny niemalże w każdym calu, przystojny, inteligentny, a przy tym arogancki i
bezczelny jak mało kto. Momentami jest tak idealny, że aż irytujący. I mimo, że
wspomniani są głównymi bohaterami to moje dozgonne uwielbienie zaskarbił sobie zepchnięty
na drugi plan Xemerius – duch
gargulca tytułujący siebie demonem. Xemerius wniósł do historii sporą dawkę
humoru i był niekwestionowanym mistrzem ciętej riposty. Rozwijający się powoli pomiędzy
głównymi bohaterami wątek miłosny nie jest bardzo nachalny i ewoluuje w
kierunku, który zapewne każdy czytelnik od razu zakładał. W tej kwestii brak
jest jakiegokolwiek zaskoczenia.
Podsumowując trylogia totalnie mnie zaskoczyła.
Spodziewałam się po niej zupełnie czegoś innego. Może to przez te okładki.
Wydawało mi się, że będzie to historia bardziej mroczna i może nieco bardziej tajemnicza,
a przede wszystkim nie skierowana dla nastolatek. Całość ma zdecydowanie młodzieżowy
charakter i głównie takim osobom bym ją poleciła. Mimo początkowego
rozczarowania muszę jednak przyznać, że czytało się ją bardzo szybko i miło, co
było zasługą niezwykle lekkiego stylu Autorki. Owszem były momenty w których po
prosu przerzucałam kartki (np. opisy prince charming vel Gideona) ale nie
brakowało również takich podczas których śmiałam się i śledziłam losy bohaterów
z zapartym tchem, nie mogąc się odczekać co będzie na następnej stronie. I chyba
w tym tkwi cały urok tego cyklu, ta trylogia powinna służyć do zabawy i
umilania czasu, a nie skłaniać do głębokich filozoficznych przemyśleń. Od tego
są inne książki.

