Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 listopada 2011

Piotr Owcarz "Wichman.Krucjata"




Piotr Owcarz to nader interesujący człowiek. Sam o sobie pisze, że Nie ma żadnych talentów. Jedyne, co mi Bozia w darze dała, to dar wymyślania. Nie wiem skąd mi się to bierze, ale przychodzi z nienacka i bardzo łatwo. Nagle widzę coś oczami wyobraźni, co później staje się oczywiste dla mas i mediów. Tak było z Laurem Klienta, tak było z Muzeum Hansa Klossa. Nie umiem rzeźbić, malować, słabo rysuję, nieźle piszę (…).[1]
I trzeba przyznać, że coś w tym jest. Pan Piotr rzeczywiście ma dar tworzenia niezwykłych opisów i dobrze skonstruowanej akcji o czym mogłam się przekonać przy okazji czytania jego powieściowego debiutu „Wichman. Krucjata” opowiadającego o Wichmanie - sławnym na całą ówczesną Europę awanturniku, wielmoży i banicie.

Akcja powieści rozgrywa się u schyłku X wieku, na terach średniowiecznej Europy. Wichman wraz ze swoim młodszym bratem Ekbertem powracają z gościny u rexa Ottona do Saksonii, na ślub jednej ze swoich sióstr. Jednak nie dane jest im dotrzeć do domu spokojnie, bez problemów. W jednej z przydrożnych oberży, w której zatrzymali się na odpoczynek wpadają w zasadzkę.. Podejrzenie zastawienia zasadzki pada na ich stryja. Pytanie tylko dlaczego wuj Herman miałyby to robić? Wydaje się, że odpowiedź na to pytanie od wieków jest taka sama. Kobieta i pieniądze, a żeby było bardziej interesująco także władza. Nie było bowiem tajemnicą, że Wichman od dawna umiłował sobie swoją przyrodnią siostrę Adelajdę, która w czasie gdy on wraz z bratem bawili w Akwizgranie pozostawała pod opieką wuja. Pod nieobecność zakochanego młodziana, Herman podjął decyzję, która dotknie swoimi skutkami wiele osób. Adelajda przepadnie jak kamień w wodę, a zrozpaczony Wichman zostanie oskarżony o zabójstwo.

„Wichman” jest powieścią, która zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Opisane w książce burzliwe początki średniowiecza i stosunki polsko-niemieckie stanowią niezwykle interesujące tło dla toczącej się akcji. Autor z wielką precyzją przybliża nam ówczesne realia życia w miastach, mentalność ludzi i ich poglądy oraz wybuchające co jakiś czas konflikty na tle religijnych czy społecznym. Przedstawione w książce obrazy z walk i toczonych bitew obdarte są z jakiejkolwiek zasłony mającej na celu ukrycie towarzyszącego im strasznego widoku. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Starcia i potyczki Wichamana opisane są w tak realistyczny sposób, że czasami kręci się w głowie od natłoku krwi i urwanych kończyn – nie uważam jednak żeby opisy te stanowiły mankament powieści. Sam Wichman przedstawiony jest jako porywczy, buńczuczny awanturnik dążący do celu po trupach. A bardzo dobrze skonstruowana akcja nie pozwala się zgubić w natłoku wydarzeń, miejsc i osób pojawiających się w książce. Jedynym wielkim zaskoczeniem książce (niekoniecznie miłym) było jej zakończenie. W pewnym momencie po stosunkowo równo toczącej się akcji wszystko przyspiesza i rozwija się na kilku stronach zupełnie tak jakby autorowi spieszyło się do jakiegoś innego projektu. Niemniej jednak uważam, że książka jest godna uwagi, a dla miłośników średniowiecza, bitew i poszukiwaczy księżniczek stanowi pozycję niemalże obowiązkową.


Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu REPLIKA


środa, 26 października 2011

Izabela Szolc "Strzeż się psa"


UWAGA!! OPINIA JAK NAJBARDZIEJ SUBIEKTYWNA ZE WZGLĘDU NA MOJĄ MIŁOŚĆ DO PSÓW.

Wczoraj obchodziliśmy dzień kundelka w związku z czym nie mogło w tym dniu zabraknąć książki o psach. W taki oto sposób zabrałam się za czytanie „Strzeż się psa”.

Narratorem a zarazem głównym bohaterem tego mini kryminału jest pies św. Huberta – Albrecht. Al nie licząc pojedynczych dni kiedy do jego ukochanej Laury przychodzą absztyfikanci, a on zostaje uwięziony na balkonie, wiedzie spokojne, psie życie. (Nota bene Laura nie zauważa faktu, że jedynym stałym samcem w życiu jest właśnie Albrecht).
Al jest szanowanym na osiedlu, wkraczającym właśnie w wiek seniora psem. Jest oczytany, elokwentny, zna łacinę, ma swoje ulubione filmy i aktorów, nieźle także orientuje się sytuacji kulturalno-społecznej i zwyczajach ludzi.
Każdy jego dzień jest niemalże identyczny. Codzienne spotkania z innymi psami na krótko przystrzyżonej trawie, porastającej ekskluzywne, warszawskie osiedle stanowią jedyną rozrywkę tego statecznego i oczytanego olbrzyma. Sielankowe i bezpieczne życie trwa do czasu kiedy na miękkiej, soczystej trawie przed blokiem psy znajdują zwłoki swojego kolegi Aleksandra – dalmatyńczyka mieszkającego w bloku obok. Na psy pada blady strach. Nie wiedzą kto mógł zrobić coś tak okropnego. Wszystko wskazuje na to, że Aleksander nie opuścił tego padołu łez z własnej woli ale ktoś ewidentnie mu w tym pomógł. Pytanie tylko kto i dlaczego?  Sprawa wygląda na bardzo poważną gdy niedługo potem zastaje otruta młoda suczka- Sybille. W tym momencie do akcji wkracza Al, który bierze sprawę w swoje łapy.
Nikogo nie powinien dziwić fakt, że autorka na głównego bohatera swojej książki wybrała właśnie tą rasę. Bloodhoudy znane są bowiem ze swojego nadzwyczaj czułego węchu i pasji poszukiwawczej ponadto świetnie sprawdzają się jako sojusznicy policji i wszelakich służb ratowniczych. Nie należy zapominać także, że psy te są świetnymi tropicielami. Pytanie tylko czy uda się rozwiązać tą mrożącą krew w żyłach zagadkę?

„Strzeż się psa” to moje pierwsze, ale jakże udane spotkanie z Izabelą Szolc. Akcja tego „kryminału” zdecydowanie nie rwie do przodu, a raczej sunie powoli aż do kulminacji. Myślę jednak, że nie przeszkadza to zupełnie w niczym. Autorka postawiła tu raczej na prosty język, świetne dialogi okraszone sporą dawką humoru i ironii. W książce nie brakuje także zagadki i morderstwa, a niesztampowy pomysł na ustanowienie głównym bohaterem psa, który komentując świat dwunogów dąży do rozwiązania zagadki  zapewniają książce sukces na całej linii. Z całego serca zatem polecam tą książkę wielbicielom czworonogów, miłośnikom kryminałów ale również osobom które lubią od czasu do czasu uśmiechnąć się pod nosem podczas czytania lektury.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Oficynka

wtorek, 4 października 2011

Marta Kisiel "Dożywocie"


Łzy gęsto spadały na me lico, mocząc wszystko wkoło… Zaraz po tym przychodziły wybuchy histerycznego śmiechu i towarzyszący im bezdech. Tylko mój biedny mąż siedząc na fotelu obok co jakiś czas spoglądał na mnie z trwogą, zastanawiając się zapewne czy ze mną wszystko w porządku. A ja? Cóż ja? Ja po prostu czytałam „Dożywocie” Marty Kisiel. Ale o wszystkim i wszystkich po kolei.
Po pierwsze Konrad Romańczuk. Pisarzyna od siedmiu boleści, roztrzaskany emocjonalnie po zerwaniu ze swoją dziewczyną z dnia na dzień otrzymuje spadek po bliżej nieokreślonych krewnych. Konrad staje się właścicielem Lichotki - najdziwniejszego, domu na świecie, z jakże niepasującą do niego gotycką wieżyczką, położonego po środku lasu z kompletem przedziwnych lokatorów na dokładkę. Pewnego pięknego dnia przyjeżdża do Lichotki swoim starym, zapakowanym do granic możliwości tico i nie ma najmniejszego pojęcia w co się pakuje przekraczając próg tego domostwa.
Po drugie oni. Dożywotnicy. Mieszkańcy Lichotki. Kompletnie przeurocza z nich zbieranina, ale pozwólcie, że ich przedstawię i ocenicie sami.
Nieszczęsny panicz Szczęsny (o odmiennym stanie skupienia), który zszedł z tego padołu łez już podwójnie (!) z powodu wielkiej (jego zdaniem) miłości, mówiący jedynie o miłości i to tylko rymem doprowadzający wszystkich tym faktem do frustracji. Z ogromną radością eksperymentujący z modą, makijażem i fryzurami. Krakers – pradawny stwór z mackami, zamieszkujący piwnicę Lichotki, na co dzień rozpieszczający podniebienia domowników pysznymi bułeczkami, ciasteczkami i tiramisu, na dodatek świetnie radzący sobie również z rozchwianymi emocjonalnie psami. Cztery fizjonomią przypominające wielkie ropuchy utopce z wielkim upodobaniem okupujące wanny i łazienki, tudzież z przymusu staw koło Lichotki. Wprawdzie nie straszne to stwory ale broń boże wchodzić im w drogę, albo co gorsze zostawić na ich pastwę samochód. Dodatkowym, niezaprzeczalnym „atutem” Lichotki jest niewątpliwie Zmora, kotka której imię dokładnie oddaje jej usposobienie. Zmora uwielbia spać na piersi Konrada przez co często doprowadza go do bezdechu ale jak na odważnego kota przystało panicznie boi się rozwścieczonych różowych królików. Nie można również zapomnieć o siejącym postrach szczególnie wśród jednego domownika, bezsprzecznie inteligentnym i niezmiernie niebezpiecznym, wymarzonym przez anioła - Rudolfa Valentino, który koniec końców okazuje się być kimś zupełnie innym niż wszyscy myśleli.
 I w końcu mój najukochańszy, mój numer jeden. Oto we własnej osobie on, a raczej ono - Licho. Licho to Anioł. I to w dodatku nie byle jaki, nie taki pierwszy lepszy z brzegu ale najprawdziwszy Anioł Stróż we własnej osobie. Może nieco nieprzystający do stereotypu Anioła jakiegokolwiek z resztą ale za to najbardziej czarujący jakiego dane było mi poznać. Licho ma wzrost i mentalność 6 letniego niewierzącego w istnienie jakiegokolwiek zła dziecka. Bez przerwy biega po Lichotce w rozciągniętej do granic możliwości koszuli z Myszką Miki, z różnego rodzaju detergentami i szczotkami do kurzu  pod pachą, potrząsając przy tym pomponami doczepionymi do jego ulubionych różowych bamboszów. W tak zwanym między czasie siedzi z pęsetą i skrupulatnie co do jednego wyrywa piękne, długie, białe pióra porastające jego skrzydła. Urocze nieprawdaż? Alleluja!
Interesująca to zbieranina przyznacie. Na pierwszy rzut oka niepasująca do siebie w ogóle jednak po dokładniejszym przyjrzeniu, stanowiąca idealnie zgraną mieszaninę dziwów i dziwactw wszelakich. Każde z nich stanowi istne indywiduum, niezwykle urocze i mające w sobie coś takiego, że chce się ich wszystkich przygarnąć do siebie i poznać nieco bliżej.
Język jakim posługuje się pani Marta przypadł mi bardzo do gustu. Nieco sarkastyczny, cięty taki jak właśnie lubię, a całość świetnie dopełniają piekielnie dobrze skrojone dialogi i niebanalny humor.
Przepadłam. Przepadłam całkowicie alleluja!… gdybym tylko wiedziała, że to się tak skończy … Na pewno sięgnęłabym po tą książkę zdecydowanie wcześniej. Chyba nie muszę pisać, że polecam książkę KAŻDEMU bez względu na wiek czy płeć. Teraz wystarczy mieć tylko nadzieję, że ta przygoda z Lichem i wszystkimi innymi tak po prostu nie zakończy się i dane będzie nam poznać ich dalsze losy. Czekam więc z utęsknieniem na pojawienie się Licha gdzieś na innych stronach jakiejś książki.

środa, 24 sierpnia 2011

Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Kołysanka dla wisielca"


Po odkryciu „Kołysanki dla wisielca” u VIV, wiedziałam, że muszę ja przeczytać. Zarówno pochlebna recenzja jak i fascynująca okładka sprawiły, że książka znalazła się na mojej liście must have. Kołysanka miała stanowić pierwsze spotkanie z Hubertem Klimko-Dobrzanieckim, po drodze jednak natrafiłam na „Bornholm. Bornholm” i nie mogłam się oprzeć. W końcu jednak przyszedł czas na „Kołysankę dla wisielca” i po raz kolejny wpadłam, a Dobrzaniecki pochłonął mnie bez reszty.
Historia opowiedziana w tej niewielkiej objętościowo opowieści wciąga i oczarowuje od samego początku. Opowiada o trzech mężczyznach, których drogi przecięły się na skutej lodem Islandii. Opowiada o przyjaźni bezgranicznej, przełamującej konwenanse i wszelkie granice, nawet te wyznaczone przez zdrowy rozsądek.
Narratorem powieści jest Polak, którego los rzucił na Islandię - wyspę, która dla jednych może być więzieniem, a dla niego stanowiła  miejsce gdzie znajduje prawdziwych „kolorowych” ludzi, którzy z biegiem czasu stają się jego przyjaciółmi. Próbuje odnaleźć się w nowej dla niego rzeczywistości przez chwytanie się różnych zajęć: między innymi pracuje na ulicy jako mim, później po wydaniu tomiku ze swoimi wierszami próbuje sprzedawać go na ulicy. Dzięki snutej przez niego opowieści poznajemy Boro - „uwolnionego” wariata, będącego pensjonariuszem szpitala psychiatrycznego. Boro jest malarzem pochodzi z Chorwacji. Niestety nie potrafi sobie znaleźć miejsca z życiu, nie układa mu się także w związkach z kobietami. „Odbijało mu od czasu do czasu. Najbardziej latem kiedy wszystko się zieleniło (…) krzyczał, że zamienia się w pole mchu, a potem w wielki trawnik.”*
 To dzięki niemu główny bohater poznaje Szymona Kurana – Polaka. Stanowi on chyba najbardziej zagadkową postać w książce. Szymon jest skrzypkiem, który próbuje podążać różnymi wyznaczonymi przez siebie samego ścieżkami. Uwielbia grać pośród mieniącego się różnymi odcieniami błękitu „morza”, ale za jego plecami cały czas pozostaje groźna, wyniszczająca choroba - depresja, która jak mało co potrafi zniszczyć człowieka, obedrzeć go z uczuć, pragnień i chęci życia.
 Poznają się przypadkowo. Każdy z nich jest życiowym rozbitkiem z bagażem niebagatelnych problemów i rozterek życiowych. Każdy z nich na swój specyficzny sposób jest wariatem. Stworzyli sobie swój własny świat, w którym zwykły zielony agrest i pole łubinu znaczą więcej niż możemy sobie wyobrazić. Mimo różnic stanowią świetnie uzupełniającą się i wspomagającą trójkę. Opisana w książce historia pokazuje, że człowiek nie powinien i nie może żyć bez bratniej duszy, bez człowieka, którego będzie mógł nazwać przyjacielem. Albowiem przyjaźń obok miłości jest motorem napędzającym każdego człowieka.
Książkę dosłownie pochłonęłam, jest piękna i wzruszająca. Czy muszę pisać, że natychmiast rzucę się na wszystko co wyjdzie spod pióra Dobrzanieckiego? Chyba nie.
Jednym słowem: POLECAM.

*H. Klimko-Dobrzaniecki, „Kołysanka dla wisielca”, str. 8.

środa, 3 sierpnia 2011

Paweł Matuszek "Kamienna ćma"


„Ile lat spędził w tym miejscu? Nie wiedział. Jak się tu znalazł? Nie potrafił sobie przypomnieć. Kiedyś po prostu obudził się w wieży.”*

Masz takie dni? Masz takie dni gdy zastanawiasz się - Co ja tutaj robię? Kim są ci wszyscy ludzie, którzy mnie otaczają? Wydaje Ci się, że tak naprawdę nic nie wiesz o tym co Cię otacza? Co byś zrobił gdyby to wszystko okazało się prawdą? Przerażające. Prawda? Myślę, że właśnie takie myśli przez cały czas krążyły po głowie Baddeosa - głównego bohatera debiutanckiej książki Pawła Matuszka.
Tak właśnie było. Baddeos po prostu kiedyś się obudził i został strażnikiem. Mieszka w szarej wieży, na szczycie niewielkiego wzgórza, wokół  którego rozpościera się jedynie bezkresna pustynia.  Kompletnie nic nie pamięta ze swojej przeszłości; zupełnie jakby nie istniał przed pojawieniem się w wieży. Jego jedynym towarzyszem jest poruszający się na gąsienicach robot Tyfon,  który od razu zaskarbił sobie moją sympatię. Razem spędzają ciągnące się w nieskończoność dni, zaopatrując przechodzące przez pustynię istoty w wodę i wydając podróżnym glejty zezwalające na przejście prze granicę cesarstwa. Ale pewnego dnia coś się zmienia… W dzień kiedy pojawia się Tahu a w ślad za nim trutle, Baddeos oświadcza, że często widzi Olbrzyma. W ten dzień zmienia się wszystko.
Mimo, że akcja „Kamiennej ćmy” rozgrywa się w wyimaginowanym świecie Usima, w którym ludzi występują w takiej ilości, że powinni być pod ochroną, główny bohater ma na wskroś ludzkie pragnienia. Chce wśród istot różnego rodzaju i niezwykłych zjawisk odnaleźć siebie. Chce dotrzeć do własnego ja i przekonać się kim tak naprawdę jest.
Książka przypadła mi do gustu od razu gdy wzięłam ją do ręki. Ciekawa, kolorowa ilustracja na okładce i format książki początkowo sprawiły, że pomyślałam, że to bardziej książka dla dzieci i młodzieży, ale gdy tylko zajrzałam do środka od razu przepadłam. A to wszystko za sprawą Lopterus Press – idei książki, nad którą, jak mówi sam autor pracował przez kilka lat, która ma za zadanie opowiadać i dopowiadać treść. Przepiękna szata graficzna książki. Czcionka – niemal każdy z głównych bohaterów ma swoją własną. Przez co książkę czyta się bardzo przyjemnie. Poza tym czy czytałeś kiedyś bajkę w bajce? Taką prawdziwą z ilustracjami? W tej książce będziesz miał taką okazję. Wszystko to sprawia, że obcowanie z książką sprawia czytelnikowi niezwykłą frajdę. Lopterus Press to strzał w dziesiątkę! Jedyną trudność początkowo sprawiały mi zasady i  prawa, które żądzą Usimą. Problem miałam także z zapamiętaniem wszystkich stworzonych przez autora ras oraz relacji między nimi. Na szczęście z pomocą przyszła mi mała karteczka i ołówek.
Myślę, że książka przypadnie do gustu wszystkim czytelnikom szukającym nowego podejścia do szeroko pojętej fantastyki. A już na pewno jestem przekonana, że książkę warto wziąć do ręki chociażby przez wzgląd na Lopterus Press .

Za udostępnienie egzemplarza dziękuję Wydawnictwu MAG



 * P. Matuszek, „Kamienna ćma”, wyd. MAG, Warszawa 2011, str. 8.

czwartek, 7 lipca 2011

Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Bornholm.Bornholm."


Za każdym razem kiedy biorę do ręki książkę, wychwalaną na wszelkiego rodzaju literackich blogach towarzyszą mi wielkie obawy. Boję się. Boję się, że książka okaże się wielkim niewypałem, a moje nadzieje, że totalnie mnie zaskoczy i spędzę z nią miły wieczór po raz kolejny pozostaną tylko marzeniami. „Bornholm. Bornholm” jest już drugą w tym roku, a w dodatku polską książką, którą dodaję na półkę „ulubione”.
Hubert Klimko-Dobrzaniecki urzekł mnie swoim sposobem pisania, w którym kryje się prostota, chłód oraz bardzo trafnie sformułowane dialogi. W książce nie ma żadnych zbędnych słów, zbędnych upiększeń.
Horst Bartlik mimo oryginalnego imienia, które przywoływać mogłoby na myśl osobę o cechach przywódczych, jest przytłoczony poczuciem bezcelowości oraz trwającym od dziesięciu lat nieudanym małżeństwem. Wszystkie uczucia, które niegdyś do siebie żywili uleciały. Nie ma szeptanych do ucha czułych słówek, nie ma pocałunków, nie ma spojrzeń pełnych miłości. Jest szara rzeczywistość i wyprany z wszelkich uczuć i barw związek. Horst trwałby dalej w tym marazmie gdyby nie motyle… To właśnie dzięki nim postanawia zmienić swoje życie. Desperacko chwyta się każdej okazji, a gdy w końcu dopina swego i czuje, że właśnie odnalazł sposób na swoje życie nadchodzi wojna.
Drugim bohaterem jest młody mężczyzna, czuwający przy szpitalnym łóżku matki pogrążonej w śpiączce. Opowiada jej całą historię swojego życia. Wyrzuca z siebie nagromadzoną przez lata do niej nienawiść i żal. Dzięki temu monologowi widzimy, że całe jego życie jest naznaczone piętnem nadopiekuńczej i zaborczej matki, której „miłość” wyrządziła w jego życiu wiele nieodwracalnych szkód. 
 Dwaj mężczyźni, dwie na pozór odrębne historie i jedna wyspa, która wszystko łączy to właśnie Bornholm. Bornholm.  Bardzo polecam wszystkim, którzy stracili wiarę w polskich pisarzy - ta książka jest genialna.

 P.S. Mała prywata. Wszelkie przecinki przed a dedykuje G.


 











     *Wybrzeże Bornholmu - zdjęcie pochodzi ze strony http://sail-pol.pl/rmoba1.html

wtorek, 10 maja 2011

Katarzyna Kwiatkowska "Zbrodnia w błękicie"



To mój pierwszy post i od razu wykrzykuję: TAK, TAK, TAK! 

Przyznam szczerze, że dawno nie czytałam książki, która by mnie tak pozytywnie zaskoczyła. Zaskoczenie było tym milsze, że jest to debiut nieznanej mi dotychczas Pani Katarzyny Kwiatkowskiej.  Autorka ma świetny styl, a całą akcję subtelnie udało jej się wpleść w XIX wieczną historię Polski.
Wystarczy przewrócić kilka stron by całkowicie wpaść w śnieżną zaspę otaczającą pałac Tadeusza i Julii Tarnowskich, przycupnąć pod oknem i podglądać do woli jego domowników, oddaną służbę oraz przyjezdnych gości. A trzeba przyznać jest na co popatrzeć….
W przedstawionym przez autorkę wachlarzu postaci zdecydowanie na przód wysuwa się przyjaciel Pana domu, młody podróżnik ot po prostu… Jan Morawski. Przyjeżdża do pałacu wraz ze swoim kamerdynerem Mateuszem i od chwili przestąpienia przez nich progu można zaobserwować, że Ci dwaj to nie tylko pan i oddany sługa, ale także świetnie rozumiejący się kompanii z bystrymi umysłami i zacięciem detektywistycznym. Niemalże jak Holmes i Watson. Jednakże w pięknie urządzonych pokojach pałacu kryją się również inni ciekawi odwiedzających: ubodzy krewni, najprawdziwsza w świecie hrabina, „interesująca” panna Paulina oraz sam we własnej osobie poseł Wacław Bonikowski.
Obserwując postacie i ich zachowania łatwo zostajemy wplątani w snute przez nich intrygi, niesnaski, niedomówienia i zdrady, od nagromadzenia których w powietrzu robi się ciężko. I także wraz z nimi szarym świtem dokonujemy makabrycznego znaleziska… W przepełnionym romantyzmem pokoju znajdujemy zwłoki kobiety.
Do działania natychmiast przystępuje Jan, który próbuje poukładać obarczające każdego z osobna zeznania, motywy oraz sposobności dokonania tej zbrodni w spójną całość. Czy uda mu się wytropić prawdziwego mordercę? Wystarczy wygodnie usadowić się pod oknem pałacu i czekać….

Ale nie zdradźcie się…. mordercą może być przecież każdy z nas…